4 hipserskie nawyki żywieniowe, z którymi powinieneś dać sobie spokój

  •  Redakcja
  •  0
  •  11 stycznia 2017
  • 1 164
 

Jest w tym wpisie coś paradoksalnego: z jednej strony ma wyśmiewać hipsterów, z drugiej – sam niejako jest produktem szeroko rozumianego hipsterstwa. Tworem, z którego ironia wylewa się niczym kawa ze starbucksowego kubka. Ale mniejsza. Poznajcie 4 hipsterskie nawyki żywieniowe, których nie warto w sobie wyrabiać, bo prócz dodatkowej dawki hipsterstwa nie zyskacie nań zupełnie nic.

Krowie mleko? Toż to skrajny mainstream

Już sama krowa jest tak banalna, jak nazywanie alternatywą twórczości Radiohead, a co dopiero ten biały płyn wylewający się z jej wymion… cóż, krowie mleko jest passé, a przy tym kłóci się z wege-filozofią.

Co innego takie, dajmy na to, mleko migdałowe (sojowe też już weszło w mainstream, nie warto się nad nim rozwodzić). Co z tego, że nie ma w sobie prawie żadnych składników odżywczych, a migdałów jest w nim tyle, co mięsa w kostce rosołowej. Grunt, że kosztuje kilka razy więcej od pospolitego „Łaciatego”, dzięki czemu nie ma szans, aby wlało się do szerokiego strumienia mainstreamu. A o to przecież chodzi.

Gluten? Grażyna, odłóż to z powrotem na półkę

W słowniku hipsterstwa leksem „gluten” stanowi niemalże synonim „trucizny”. Amerykańscy naukowcy pracują ponoć nad inteligentnymi okularami, które miałyby w marketach usuwać z pola widzenia każdy produkt spożywczy, na którego etykiecie widnieje złowrogi „gluten”.

To nic, że gluten wpływa negatywnie niemal wyłącznie na osoby chorujące na celiakię (to nie jest zaraźliwe, więc porzuć swe nadzieje o rychłym zachorowaniu). To nic, że puszczanie bąków jest równie częste u tych, którzy unikają glutenu jak ognia, jak i u tych, którzy nie odróżniają glutenu od glutów.

Śmiało, dołóż sobie jeszcze trochę tych bezglutenowych płatków śniadaniowych.

Soki? Piję wyłącznie świeżo wyciskane

W końcu to samo zdrowie, jak powiedział pewien naukowiec, którego nazwiska nie zdradzę, bo i tak pewnie go nie znasz. Poza tym mało komu chce się takie soki przygotowywać, co znacząco redukuje ich poziom „mainstreamizmu”. To doskonała odskocznia w przerwach między kolejnymi kubkami kawy ze Starbucksa.

Nie ma znaczenia, że zawiera w sobie tyle cukru, iż w szkodliwości dorównuje napojom gazowanym. Kto by się przejmował tym, że naukowcy zalecają picie go w ilościach dziennie nie przekraczających 150 ml, i to nie uwzględniając dzieci, bo te nie powinny pić ich w ogóle. Nieważne, że masakrują szkliwo zębów jak Korwin lewaków. Daj no mnie, Grażyna, jeszcze szklaneczkę!

Słodzę, owszem, ale tylko cukrem kokosowym

Jest na tyle nowy na rynku i na tyle drogi, że w stustopniowej skali wyjątkowości doda Ci grubo ponad sto dwadzieścia punktów. Nie wolno też zapominać, iż stanowi bogactwo witamin, minerałów i innych składników o mądrze brzmiących nazwach. Idealny do słodzenia kawy w Starbucksie.

Nikt nie musi wiedzieć, że różnorodność składników odżywczych w cukrze kokosowym wygląda blado w porównaniu z ilością. To tak, jakby ktoś dał Ci szklankę lodu, wlał do niej kroplę Whisky i powiedział: „tylko się nie upij”. Poza tym cukier kokosowy jest tylko odrobinę mniej kaloryczny od mainstreamowego cukru z Biedronki, a więc tak czy inaczej nie zmieścisz się w te obcisłe rurki.

No i ta cena, nawet do 100 zł za kilogram. Z drugiej strony… przecież jesteś hipsterem, stać Cię.

Przeczytaj także